www.thevagabond.pl

Samolot hucząc monotonie dzielnie przemierza mile ponad wodami Morza Barentsa. Świat pod nami ukryty jest pod gęstą warstwą chmur, tak że nie sposób dojrzeć czegokolwiek. Z czasem jednak ponad nimi zaczynają pojawiać się pierwsze ośnieżone wierzchołki svalbardzkich szczytów. Po kilku miesiącach przygotowań jesteśmy prawie u celu!

W końcu koła samolotu delikatnie dotykają płyty lotniska i maszyna zatrzymuje się. Jesteśmy na wymarzonym Spitsbergenie! Na zewnątrz uderzają nas promienie słońca, które, mimo że jest już bardzo późny wieczór, wciąż góruje wysoko ponad widnokręgiem. W Arktyce trwa przecież dzień polarny!

Pierwszy przystanek na naszej trasie to stolica wyspy – Longyearbyen. To współczesne serce archipelagu Svalbard. Można znaleźć tu wszystko, co niezbędne w codziennym życiu: supermarket, stację benzynową, restauracje, kilka hoteli, a nawet browar. O górniczej przeszłości miasta przypomina jedynie ustawiony w centrum miasteczka pomnik górnika, dumnie dzierżącego w ręku kilof.

Na Spitsbergenie przebywanie poza Longyearbyen wymaga posiadania broni. Zabłąkany niedźwiedź polarny może natknąć się na nas w najbardziej niespodziewanym momencie. Wówczas należy przede wszystkim podjąć próbę uniknięcia konfrontacji, tak aby każdy ruszył w swoją stronę. Jednak w wyjątkowych, krytycznych przypadkach pozostaje ratowanie własnego życia ze wsparciem broni palnej. Wypożyczamy więc porządnego niemieckiego Mausera, pamiętającego chyba czasy II Wojny Światowej.

Tak wyposażeni możemy ruszać dalej – kolejny etap wyprawy prowadzi nas drogą morską do Barentsburga – górniczego miasteczka, gdzie do dziś wydobywane jest arktyczne „czarne złoto”. Całe życie toczy się tu wokół węgla. Zasila on lokalną elektrownię, która zapewnia ciepło i prąd w kilkudziesięciu okolicznych domach. To od niego zależy być albo nie być tutejszych mieszkańców.

Lata świetności Barentsburga przypadały na lata 30. XX wieku, gdy wielki boom industrializacji związanej z nadciągającą wojną spowodował gwałtowny wzrost zapotrzebowania na węgiel. Dziś epoka węgla na Spitsbergenie to przeszłość, większość kopalni zamknięto z uwagi na niską rentowność. Jednak w Barentsburgu do dziś wydobywany jest węgiel, a władzę nad osadą nieodmiennie od dziesiątek lat sprawuje firma węglowa Trust Arktikugol. Tutaj wszystko nadal toczy się dawnym rytmem życia, wyznaczanym przez górnicze szychty.

Po odwiedzeniu barentsburskiej kopalni wyruszamy w tundrę. Podczas czterodniowego marszu pokonujemy kilkadziesiąt kilometrów, mierząc się z różnymi przeciwnościami: bagnami, górami, atakującymi zwierzętami. Śpimy na zmianę, czuwając by podczas odpoczynku nie odwiedził nas nieproszony gość pod postacią niedźwiedzia polarnego.

Przez cztery dni nie spotykamy żywego ducha. Jesteśmy tylko my, dzika przyroda i nasze własne słabości, które staramy się pokonywać. Odkrywamy piękno natury, ale też jej grozę i potęgę. Na Spitsbergenie po raz pierwszy w życiu czujemy się tak malutcy wobec otaczającego nas świata. Gdy wreszcie wracamy do cywilizacji, jesteśmy wykończeni ale szczęśliwi.

Ostatni punkt na trasie to Piramida. To miał być inny świat – kawałek lądu wyrwany Arktyce i zmieniony przez radzieckich specjalistów w namiastkę raju na ziemi. Z dalekiej Syberii przywieziono ziemię oraz odporną na mrozy trawę, by przez środek miasteczka ułożyć szeroki na kilkanaście metrów dywan, kontrastujący z otaczającymi miasto skalistymi wzgórzami. Zbudowano nowoczesną halę sportową, boisko, a nawet basen. Założono bibliotekę, szkołę, szpital. Otwarto nawet najbardziej na północ położoną salę kinową na świecie i sprowadzono najnowsze arcydzieła radzieckiej kinematografii by zapewnić rozrywkę mieszkańcom miasta w długie arktyczne wieczory.

Z początkiem lat 90. Związek Radziecki rozpadł się, a Piramida stopniowo popadała w zapomnienie. W nowym świecie istniały znacznie ważniejsze problemy, niż garstka górników mozolnie wydobywających węgiel gdzieś na krańcu świata. Pozbawione finansowego wsparcia miasto stopniowo pustoszało, by w 1998 roku ostatecznie umrzeć.

Zwiedzamy to niezwykłe miasto – rzeczywiście nie sposób przejść obojętnie obok tego, czym do dziś może poszczycić się Piramida: hali sportowej z idealnym parkietem, przyozdobionej transparentami upamiętniającymi sukcesy lokalnych sportowców, pełnej książek biblioteki czy kina ze ścianami wyłożonymi doskonale zachowaną boazerią.

To wszystko jednak tylko idylliczna fasada, za którą czai się prawda o Piramidzie, która odeszła wiele lat temu, wraz z dawnymi mieszkańcami tego miejsca. Wystarczy zerknąć na zaplecze stołówki, by dostrzec porozrzucane w nieładzie pozostałości sprzętów kuchennych, na których od lat osadza się arktyczny pył. Wybite okna, dziurawe garnki, podarte resztki grafików wydawania posiłków wypełniają kuchnię i przypominają obrazki dobrze znane z Czarnobyla.

Patrząc jednak na stopniowo pochłaniane przez Arktykę pozostałości osady nie możemy pozbyć się wrażenia, że, człowiek jest w Arktyce tylko gościem, którego północna przyroda gotowa jest znosić jedynie do czasu. Gdy jednak posunie się on za daleko i spróbuje przekształcić to miejsce w raj na miarę swoich wyobrażeń, natura upomni się w końcu o swoje.

Instagram: https://www.instagram.com/thevagabond.pl/

Facebook: https://www.facebook.com/thevagabondPL/

Blog: http://thevagabond.pl/

Międzynarodowe Targi Turystyki i czasu wolnego | Wrocław